Rozumiem, że inne miejsca też kradną Czas
Fan's fiction- moja własna fikcja
Moje fanfiki na Northern Lights wszystkie do "Harry'ego Pottera", jak na razie
Blogowe fanfiki w odcinkach mojego pióra
"A Love Song for a Vampire" Oto i ona: Piosenka miłosna dla wampira. Po angielsku. Kołki i czosnek proszę zostawić przy wejściu.
Uskrzydleni tym razem autorskie opowiadanie- fantasy, mechy i mechaniczne smoki
Stories- D. Maleficium Blog- stronka z moimi fanfikami
Gdzie Smok zrzuca swe łuski Pamiętnik Dracona Malfoya- bo grube łuski kryją coś czystego i kruchego jak szkło...
Eternal night Historia slashowa Harry/Draco-bo wieczne ciemności nie puszczają łatwo...
Najdziwniejsze dziwactwa, czyli co mnie pociąga
Phantom Phans Skarbnica wszystkiego dla fanów
TFelton Chyba jedyna i bardzo dobra strona o Tomie Feltonie, która ciągle działa
GB.net Raj dla fanów Gerry'ego Butlera-tu znajdziecie WSZYSTKO
Veritaserum Jedna z Wielkiej Trójcy stron o Harrym Potterze-niezwykle bogata i na czasie
Northern Lights Dla fanek yaoi nazwa wystarczy-największa polska przystań bishonenów
Eneada Robi przepiękne, slashowe manipki!
HP slash archive Bogata strona slashowa skupiająca się na dwóch Potterach
Hedwig's Post Bogata kolekcja zdecydowanie najsłynniejszych fików H/D w sieci, ale nie całkiem działa
Darkest Magic Chyba jedno z najbogatszych archiwów H/D, jakie widziałam-ale uwaga na materiały dla dorosłych!
Noctural Secrets Przepiękna i bogara stronka Harry/Draco-warto!
Lux et Umbra Światło i Cień-stronka moja i Goldi o parce Harry/Draco, a zatem duuużo slasha
Znajomi z prawdziwego życia
Wymieńcy/Odmieńcy ...czyli forum tych dziwnych ludków, co to biorą udział w wymianie Rotary ^^
Banda Postrzeleńców Nieprzeciętnych ...czyli, innymi słowy, genialna stronka mojej kochanej klasy I c^^
Natasha "Mouths are empty... like our hearts"
Dorsz Bo Dorsze też mają nam dużo do powiedzenia, jeśli wysilimy słuch ^^
Kamisie Codzienne obrazy malowane niecodziennymi barwami słowa
Ireth Wiersze, myśli, samo życie
Blogi, które chwytają wyobraźnię-moi ulubieńcy
Eris Kolejny potterowki fik-tym razem, aby i uśmiech zagościł na twarzy
Narcyza- Iza Różne opowiadania, różne myśli... miejsce naprawdę ujmujące
Iskra Blog mojej dawnej, nieoficjalnej bety-nawet, jeśli już nie pisze, to miejsce jest wspaniałe
Viviane Historia Viviane-Ślizgonki, której życie pełne jest dramatów, o które nigdy nie prosiła



Czas już mi odebrany
2007
czerwiec
maj
luty
2006
październik
sierpień
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
Muzyka: "Music of the night" z "Upiora"-wersja piano
design by gingery
image by Zilla774
2007-06-29 02:33:33 >> Gerik vs. Merik vs. polski Erik, czyli rozważania o maskach. Mniej więcej.
Zdaję sobie sprawę, że ta notka będzie mało zrozumiała dla większości z Was, moi kochani goście – ale cóż. Mój umysł jest ostatnio mniej więcej tak stabilny, jak wiatrowskaz z papieru podczas huraganu i – kiedy do mojego powrotu do Polski pozostało ledwie parę dni – zamiast myśleć o tym i o mojej przyszłości, ja się chwytam myśli o rzeczach najmniej istotnych. Stąd dzisiejsza notka. Ktoś mógłby to nazwać strategią samozachowawczą, i chyba to jest właśnie to. Poza tym, muszę się gdzieś wygadać, a gdzie indziej, jak nie na własnym blogu?
Wielkimi krokami zbliża się do Polski człowiek w masce, który już zdążył narobić sporego zamieszana we wszystkich bardziej znacznych krajach świata; Teatr Muzyczny Roma przygotowuje się do wystawienia polskiej wersji musicalu Andrew Lloyd Webbera „Upiór w operze.” Ile to dla mnie znaczy, to chyba wie każdy, kto mnie zna; o polskiej wersji tego arcydzieła marzyłam, odkąd tylko się z nim zapoznałam. Jednak teraz, kiedy jest już po trzecim etapie castingu, mam pewne obawy, którymi podzielę się pod koniec. Teraz użyję tej okazji, aby powydziwiać (ponarzekać?) na środowisko „phanów” i wygadać się na temat tego musicalu ogólnie.
Po raz pierwszy zetknęłam się z dziełem Webbera w ferie zimowe 2005 roku, kiedy to obejrzałam w Katowickim kinie wersję filmową z Gerardem Butlerem jako Upiorem. Film, co rzadko się zdarza, zachwycił mnie już od pierwszej klatki – chwili, kiedy na ekranie z mroku wyłania się świeca i pocztówka z obrazkiem Opery Populaire w sepii. Potem czarno-biała aukcja i tajemnicza pozytywka z małpką w perskim kostiumie, co przywiodło mi na myśl powieść Lerouxa i wątek bezimiennego Persa. Potem żyrandol poszedł w górę i rozpoczęła się uwertura – i od tamtej chwili siedziałam całkowicie wbita w fotel, zaklęta i w pełni pochłonięta przez ten świat Paryża i zakulisowego chaosu, przez labirynt świec i przez muzykę nocy wygrywaną nad podziemnym jeziorem. Zachwyciło mnie wszystko: począwszy od kostiumów i rekwizytów, skończywszy na cudownej muzyce i przejmującej grze aktorów. Nawet ruchy kamery i montaż wydały mi się idealne. Podczas tego pierwszego razu nie zwracałam w ogóle uwagi na kicz, na pomyłki w reżyserii, na niedopowiedzenia w fabule, na pewne absurdy, których w „Upiorze” nie brakuje. To była magia. Wyszłam z kina z oczami pełnymi łez i moją pierwszą myślą było „Muszę. Mieć. Soundtrack.”
Kupiłam płytę dwa dni później.
Od tamtej pory stałam się „phanką” – kimś, kto kocha „The Phantom of the Opera” we wszystkich postaciach. Książkę znałam już dawno i kochałam samą historię, ale musical Webbera pogłębił to do rozmiarów obsesji. Zapoznałam się z wersją sceniczną, usłyszałam nagrania z Michaelem Crawfordem, Sarą Brightman i świętej pamięci Steve’em Bartonem, sama tłumaczyłam libretto, pisałam wiersze i opowiadania, czytałam fanfiki, zapoznałam się z prawie każdym filmem, jaki został nakręcony pod szyldem Erika. Miałam dziką ochotę chodzić po mieście w pelerynie i masce, śpiewając „The Phantom of the Opera” na cały głos. Nie mogłam wytrzymać 5 minut w rozmowie bez jakiegoś nawiązania do tej historii, że już nie wspomnę o wszystkich płytach i książkach, jakie udało mi się „dorwać.” Jednak, im głębiej wchodziłam w środowisko phanów, tym bardziej byłam rozczarowana tym, co znalazłam wśród podobnych sobie entuzjastów: w szoku odkryłam, że większość wielbicieli scenicznego musicalu wprost nienawidzi jego filmowej adaptacji.
Jak zwykle w takich przypadkach, rozchodzi się głównie o aktorów, a mianowicie o konflikt Gerard Butler kontra Michael Crawford. No bo jak można było nie obsadzić w głównej roli oryginalnego scenicznego Phantoma, który od dawna jest już starzejącą się gwiazdą jednej roli o dość oryginalnym głosie?! To bezczelność ze strony Schumachera, tak zignorować potrzeby fanów i dać szansę komuś nieznanemu, kto nigdy w życiu nie brał lekcji śpiewu! W takim razie należy poprowadzić kampanię w celu zgnębienia biednego Butlera, czyż nie? Należy go zgnieść pod obcasem sprawiedliwej furii fanów jedynego, prawdziwego Upiora i ogłosić na cały fandom, że film to jedna wielka kicha, że aktorzy są do bani i nikt nie umie śpiewać, że przepiękny sceniczny oryginał został, krótko mówiąc, spieprzony. Co z tego, że sam Andrew Lloyd Webber wypowiadał się o tym w samych superlatywach i osobiście nadzorował lwią część produkcji, z castingiem na czele? Nie, to wszystko wina tego strasznego Schumachera i tego przeklętego Butlera, którego obsadzili tylko dlatego, że ładnie wygląda. No i co to za deformacja? Nie ma żadnej deformacji! Jest tylko parę blizn i wrzodów, nie to, co „prawdziwy” Upiór, nie to, co napisał Lerouox, nie to, co… itp. W dodatku zmienili parę linijek libretta, te potwory, jak oni śmieli?! Najlepiej, żeby w ogóle filmu nie było, żeby poznać Upiora można było tylko w tych wybranych krajach gdzie jest on grany na scenę, a reszta świata niech się pofatyguje osobiście gdzieś za granicę, żeby zobaczyć musical w jego jedynie słusznej, czystej, nieskażonej formie.
Cóż. Moim zdaniem to jedna wielka bzdura.
Oczywiście, że Michael Crawford jest lepszym śpiewakiem niż Butler. Tego nikt nie zaprzecza. Crawford był oryginalnym Erikiem, ćwiczył głos od najmłodszych lat i za swoją kreację otrzymał Tony Award. Jego głos jest czysty, wibrujący i idealnie wyszkolony, o niespotykanej barwie (która co niektórych może jednak irytować). Jak można kogoś takiego porównywać do prawie nieznanego szkockiego aktora, którego jedyne doświadczenie z muzyką ograniczało się do krótkiego okresu śpiewania w zespole rockowym w pubach Glasgow? Z pewnością było mnóstwo kandydatów do tej roli. Z pewnością mieli oni lepsze zaplecze muzyczne – oprócz Crawforda wspomnieć można chociażby Antonio Banderasa, który zagrał rolę Che Guevary w filmowej „Evicie” i zaśpiewał tytułową piosenkę z „Upiora” wraz z Sarą Brightman na gali z okazji urodzin Webbera. Nazwisko o takiej sławie z pewnością przyciągnęłoby dwa razy tyle widowni do kin. Zatem, dlaczego Butler? Dlaczego nie Colm Wilkinson, Earl Carpenter, Ethan Freeman czy inny aktor, który grał Upiora w teatrze? Dlaczego w końcu nie ten nieszczęsny MC? Nie wiem, ale przypuszczam, że zarówno Webber jak i Schumacher nie chcieli aktora teatralnego. Film a teatr to dwa różne światy i mają nieco inne wymagania. W teatrze muzycznym gra jako taka schodzi na drugi plan, bo przecież ktoś, kto siedzi na samym tyle widowni, w dodatku na balkonie, ma małe szanse, aby zobaczyć twarze aktorów. Liczy się przede wszystkim śpiew i to, jak ktoś przekazuje emocje swoim głosem – zwłaszcza w „Phantomie,” gdzie linijek mówionych prawie nie ma. Ważna jest gestykulacja i ruchy ciała. Film to coś zupełnie innego – tutaj oczy, wyraz twarzy, subtelne ruchy budują postać. Głos też jest ważny, owszem, ale nie tylko on decyduje. Myślę, że skoro sam Andrew Lloyd Webber zaakceptował Gerry’ego, to chyba coś znaczy o kimś, kto nigdy nie uczył się śpiewać. Przecież kompozytor takiej rangi nie zatrudniłby kogoś, kogo możliwości wokalnych nie byłby pewny? Biorąc to pod uwagę uważam, że Butler zrobił, co mógł i – chociaż jego głos faktycznie nie jest wyszkolony i miejscami brzmi dość cienko – powiedzieć, że nie umie śpiewać to za dużo. W „Point of no return,” na przykład, daje wspaniały popis, podobnie jak „Music of the night,” która jest szalenie trudna, bo pełno tam skoków. Dał tej roli wszystko, co miał, oddał wręcz nie 100% a 110% i wspaniale wcielił się w postać Erika – jego interpretacja wywołała u mnie łzy nie raz, nie dwa. Rozumiem, że jego śpiew może się nie podobać niektórym, ale milionom ludzi przypadł do gustu, nawet tym, którzy na poważnie studiują muzykę. Jaki zatem sens w narzekaniu? To nie jego wina, że MC nie dostał roli. Poza tym, nie sądzę, żeby Crawford – przy całym swym wokalnym warsztacie – był w stanie rozbudzić tak ogromne zainteresowanie „Phantomem,” jakie wzniecił film. Porównywanie tych dwóch aktorów jest niesprawiedliwe – podobnie jak porównywanie Emmy Rossum z Sarą Brightman – bo należą oni do dwóch innych światów. Ale konserwatywnym, fanatycznym fanom nic nie wytłumaczysz – miał być MC, Butler to kicha i tyle. Każdy, kto myśli inaczej, nie ma pojęcia o dobrej muzyce, prawdopodobnie jest jakimś zielonym małolatem i na co dzień słucha Beyonce. Co bardzo krzywdzi większość członków fandomu.
Najsmutniejsze jest to, że ci, którzy bronią Butlera, sami dają o sobie takie wrażenie, pisząc „Gerry is hot, Crawford is crap, get lost.” Czy naprawdę tak ciężko jest na spokojnie podyskutować i zaakceptować to, że każdy może mieć swoją własną opinię i nie ma tak naprawdę „jedynej” prawdy, tylko różne punkty widzenia? Smuci mnie, że coś tak absolutnie pięknego, jak historia „Upiora w operze,” budzi takie dziecinne i absurdalne wręcz kłótnie. Ale chyba po to są fani – żeby narzekać. To wspaniałe środowisko potrafiłoby znaleźć błąd we wszystkim, co im się zaofiaruje, nawet, jeśli tym czymś jest przepiękny film kinowy. Bo człowiek uwielbia wręcz narzekać. Smutne, ale prawdziwe, a wiem z własnego doświadczenia. W takim układzie ja sama jestem mutantem, który w zasadzie nie ma prawa bytu w środowisku phanów: uwielbiam i wersję sceniczną (a mam porównanie, bo widziałam „Upiora” na scenie w Londynie) i film i uważam, że to dwie różne rzeczy. Powinno się mnie właściwie ukamienować.
Co sprowadza nas do polskiej wersji, która jest już rzeczywistością i będzie miała premierę w kwietniu 2008. Jak już wspominałam wyżej, jestem zachwycona, że w ogóle coś takiego miało miejsce – ale teraz, kiedy teatr jest w trakcie castingu, pokażę, że jestem prawdziwą phanką w głębi serca i zajmę się tym, co tacy robią najlepiej: ponarzekam.
Patrząc na politykę dobierania aktorów w Polsce, mam dość solidne podstawy aby obawiać się, kogo wybierze szanowna dyrekcja tego teatru na główne role. Chodzi mi głównie o głosy i manierę śpiewania – w przytłaczającej większości artyści musicalowi w Polsce śpiewają w stylu rozrywkowym. Może to nie przeszkadzać komuś, kto nie ma porównania z resztą Zachodu, poza tym w niektórych musicalach jest to wręcz wymagane (jak np. w „Grease,” które Roma wystawiała jakiś czas temu). Jednak w całej reszcie świata istnieje coś, co ja sama nazywam śpiewem musicalowym: ta maniera śpiewania opiera się na stylu klasycznym, jednak nie operowym. Wystarczy posłuchać choćby „Les Miserables,” „Jekyll & Hyde,” „Tanz der Vampire” czy innych najsłynniejszych tytułów, żeby przekonać się, co mam na myśli. Taki styl jest wręcz *konieczny* w „Upiorze.” Problem w tym, że w Polsce słyszałam tylko dwie osoby posiadające taką technikę – paradoksalnie są to najlepsi artyści Romy do tej pory, a mianowicie Kuba Wocial oraz niezastąpiony Łukasz Dziedzic. Maciej Pawłowski, dyrygent Romy, nieco przestraszył mnie, kiedy ogłosił, że „>Phantom< to nie opera tylko dlatego, że ma operę w tytule.” To zwiastuje dla mnie jedno: popowe wykonania. Słyszałam z wiarygodnego źródła, że sporo wybitnych wokalistek nie przeszło dalszych etapów tylko dlatego, że śpiewały za dobrze (tzn. „za bardzo klasycznie”); te panny, które wzbudziły większe zainteresowanie dyrekcji, śpiewały „przyjemnie i słodko, ale nie wyciągały góry, bo brak im było tej klasycznej techniki.” Zatem: tak źle, i tak niedobrze. A ja uważam, że Christine na przykład nie może śpiewać popowo – no bo jak niby to uwiarygodnić, taka popowa dziewuszka lepsza od primadonny Carlotty w *operze*? Bez żartów proszę. Ja na przykład bardzo chętnie usłyszałabym śpiewaczkę operową w roli Christine – to byłby piękny kontrast, rockowe gitary w piosence tytułowej i ten frunący w górę głos. Gdzie leży granica między muzyką rozrywkową a operą? Gdzie kończy się śpiew klasyczny, a zaczyna stricte operowy? Ja kocham śpiew klasyczny, a głównie właśnie musicalowy – między innymi dlatego tak zakochałam się w głosie Łukasza Dziedzica. Bo on się wybija z tego całego środowiska „przeciętnych.” Nie chcę tu nikogo obrażać – artyści Romy nieraz śpiewają prześlicznie, mają przyjemne głosy. Ale dla mnie musical to nie scena popowa, i w pewien sposób po prostu nie powinno się niektórych piosenek śpiewać. Może jestem konserwatywna. Ale nie chcę zgrzytać zębami, oglądając „Upiora” i słuchać np. Malwiny Kusior w „Think of me.” Zapewne teraz wychodzę na hipokrytkę – przecież dopiero co broniłam Butlera, prawda? Powtórzę – film a teatr to co innego. Poza tym, Gerry także stosował śpiew klasyczny na ekranie, nawet, jeśli z zabarwieniem nieco rockowym. To jest różnica między na przykład tym, co pokazał Łukasz Zagrobelny na castingu. Zagrobelny, owszem, ma mocny i dźwięczny głos, ale ja nie chcę Erika, który śpiewałby niczym młoda gwiazda rocka. To po prostu nie ten styl, moi państwo, niestety. Dla mnie Upiór powinien śpiewać barytonem (ta rola została zresztą napisana na baryton, mimo, że często śpiewają ją tenorzy, jak MC); jego głos powinien być potężny, silny, mroczny, wibrujący emocjami, czysty i uwodzicielski, żeby widz mógł uwierzyć w fascynację Christine. Ten głos powinien roztoczyć magię – w końcu to właśnie nim Upiór uwodzi swoją ukochaną, to jest jego najważniejszy element. Ani Paweł Podgórski, ani Tomasz Steciuk (potencjalne Upiory) nie są w stanie oddać tego mroku swoim śpiewem. Są wspaniałymi aktorami, nie przeczę, ale ich głosy nie mają w sobie nic z klasyki – czegoś, co Upiór po prostu musi mieć, skoro wychowywał się w operze całe życie. To tylko moje zdanie – nie narzucam swojej opinii innym i nie chcę obrażać tych, którzy są fanami tych dwóch panów. Dla mnie *jedynym* kandydatem odpowiednim do tej roli jest Łukasz Dziedzic – jego głos zawiera w sobie te wszystkie elementy, które Erik powinien mieć. Jeśli panowie Pawłowski i Kępczyński mają jako takie pojęcie o standardach musicalowych i o potrzebach roli, widzą to tak samo, jak ja. Jeśli nie… cóż, czas pokaże, ale będę wtedy naprawdę zawiedziona (o ile tylko). Jest czas – czwarty etap we wrześniu. Pożyjemy, zobaczymy. Najwyżej pójdę pikietować pod Romę.
To tyle z moich upiornych refleksji. A przynajmniej nic już więcej nie napiszę, bo i tak za dużo i pewnie obraziłam właśnie sporą liczbę ludzi, którzy mogą tu zaglądać. Ale nic to – wszystko jeszcze przed nami. Zatem – kończę. I puszczę sobie „Music of the night” – tak, żeby poczuć klimat.
Do zobaczenia w Polsce, kochani.
skomentuj (6)
2007-05-30 04:06:49 >> We always seem so much braver than we ever are...
Ot, moja próba charakteru jak zwykle kończy się pokazowym fiaskiem. Po co założyłam ten blog? Żeby opisywać rok w USA. A jak dotąd tylko dwie notki opisują mój właściwy pobyt. Nie ma to, jak systematyczność. Gdybym miała wybrać jakąś jedną, podstawową wadę mojej osobowości, właśnie brak systematyczności szydząco górowałby nad wszystkim innym. Nie tyczy się to tylko tego bloga, ale i wszystkich innych, z którymi wiązałam takie nadzieje przed wyjazdem, a które zostały przeze mnie tak haniebnie zaniedbane. I nie mogę wiecznie zwalać winy na moje Wampiry – nie tylko one okupowały moje myśli.
Skoro jednak koniec mojej wymiany zbliża się coraz większymi krokami, tupiąc tak, że aż grunt pod moimi nogami wydaje się niepewny, czas chyba spróbować podsumować to wszystko, co się we mnie wydarzyło od tego czasu, a co się jeszcze nie skończyło. A jest tego sporo, zatem wszystkim potencjalnym gościom doradzam uzbrojenie się w filiżankę (tudzież kubek) czegoś ciepłego do picia, coś słodkiego i równie sporą dozę cierpliwości. Zakładam przy tym, że każdy, kto od jakiegoś czasu czytuje moje blogi, jest w tej cierpliwości dość porządnie wyszkolony.
Jak zwykle w takich sytuacjach, ciężko jest zdefiniować początek. Mój wzrok wędruje w tej chwili do okna, na polską flagę (prezent od paru przyjaciół z Polski) oraz na marynarkę Rotary. Jeszcze nie tak dawno, wydawałoby się, ta sama marynarka nie zawierała niczego oprócz polskiego godła i symbolu Rotarian. Dzisiaj, ugina się pod ciężarem wszelkiego rodzaju kolorowych, fantazyjnych przypinek. Tradycją wszystkich wymieńców jest, aby wymieniać się owymi przypinkami tudzież innymi, własnoręcznie sfabrykowanymi drobiazgami z kolegami-wymieńcami z innych krajów. Ogólnie przyjętym celem jest zebranie jak najwięcej. Gotta catch’em all, jak chciałoby się powiedzieć. W porównaniu z innymi wymieńcami z mojego okręgu, moja marynarka prezentuje się dość skromnie, ale i tak czuję się dziwnie dumna, kiedy na nią patrzę. Ta kolekcja coś sobą reprezentuje. I wiem, że ilekroć na nią spojrzę, przypomnę sobie ten moment, kiedy na konferencji na początku maja weszłam na podest dzierżąc polską flagę i wygłosiłam krótkie przemówienie do zebranych Rotarian z Michigan i okolic. Nigdy nie zapomnę tej konferencji. Dobra się nie zapomina.
Tak – dobro. Wydaje mi się, że odkąd przyjechałam do Rochester, doświadczam tylko tego. Oczywiście miewałam swoje wzloty i upadki, jak wszędzie, ale jednak… to chyba ten osławiony amerykański optymizm tak na mnie wpłynął. Miałam ogromne szczęście. Nie dość, że wylądowałam w Rochester (trzecim najbogatszym mieście w całych Stanach); nie dość, że trafiłam do Stoney Creek, która ma reputację jednej z najlepszych szkół w stanie; nie dość, że miałam okazję śpiewać w tak wspaniałym chórze i naprawdę rozwinąć się wokalnie; nie dość, że trafiłam do najwspanialszych rodzin, jakie mogłam sobie wymarzyć; nie dość, że pozwolili mi zostać pełnoprawnym „seniorem” i otrzymać Diploma; nie dość, że napisałam „A Love Song for a Vampire”; przy tym wszystkim jeszcze poznałam wspaniałych przyjaciół, tak Amerykanów jak i młodzież z innych, nieraz egzotycznych krajów, oraz zetknęłam się z TYM klubem Rotary, który jest tak drastycznie inny od mojego olsztyńskiego, że to jest aż śmieszne. No i, co najważniejsze, nauczyłam się tyle o sobie, że teraz jestem kimś, kogo jeszcze nie do końca poznałam.
Amerykański Sen, ten osławiony sen. Tak. Ledwo rok temu śmiałam się z tego. A teraz? Teraz sama otrzymałam kawałek tego snu, na tyle duży, abym się w nim rozsmakowała, a jednocześnie na tyle skąpy, aby nie zakrył mi wzroku. Przez ten rok żyłam w bajce. Z dala od świata polityki (nie mam pojęcia, co się teraz dzieje w Polsce), z dala od absurdu polskiej szkoły oraz całego tego bajzeru z edukacją, z dala od brudnych, olsztyńskich ulic, z dala od meneli snujących się po mieście, z dala od zaśmieconych ulic, z dala od wyboistych dróg. Nieraz miewałam dziwne chwile (w czasie kompletnie nieoczekiwanym) kiedy obserwowałam samą siebie jak kogoś zupełnie obcego. Miałam wtedy wrażenie, że żyję życiem pożyczonym; że to nie jestem ja; że to się nie dzieje naprawdę, że to tylko nocy letniej sen, tylko nieco dłuższy. Że za chwilę się obudzę i przekonam się, co tak naprawdę jest prawdziwe. Jednak sen trwa nadal, i parę dni temu wysłałam pierwszą kopię swojego manuskryptu drogą e-mailową do jednego z potencjalnych wydawców. Pamiętam doskonale, że długo – bardzo długo – zwlekałam z wciśnięciem klawisza „Wyślij.” Kiedy kliknęłam, zdałam sobie sprawę, jak bardzo surrealistyczny był dla mnie ten cały rok, a jednocześnie jak dziwnie prawdziwy i namacalny. Byłam, a jednocześnie nie byłam. Zmieniłam się, a jednocześnie pozostałam w pewnym sensie taka sama. Patrzę na wiele rzeczy inaczej, a jednocześnie w świetle, które wydaje się wciąż takie samo. Wiem jedno: nie żałuję ani jednej chwili. Nie żałuję żadnej decyzji. Odkąd przyjechałam do Stanów, nie żałuję niczego. Cieszę się, że zdecydowałam się na ten – z pozoru szaleńczy – krok, który okazał się tak głębokim skokiem, że aż ledwo zauważalnym. Bo teraz czuję, że mogę skoczyć na Księżyc i wylądować na dwóch nogach.
Jak ja się właściwie zmieniłam? Może powinnam to sprecyzować i ubrać w słowa, głównie dla samej siebie. Powinnam przeanalizować tą osobę, która spogląda na mnie z lustra. Kim stałam się bez tych fragmentów, które otaczały mnie i definiowały jako osobę w Polsce? Tutaj, w Stanach, pozbawiona tych wszystkich części, musiałam budować swój obraz na nowo poprzez oczy innych ludzi. W sumie nie zmieniłam się aż tak bardzo: nadal jestem Moniką. Jednak, do jakiego stopnia? Chyba do kompletnej analizy muszę poczekać, aż wrócę do domu i zmierzę się z tym, co tam na mnie czeka, ale w tej chwili jestem w stanie powiedzieć, że się przełamałam. Cały ten rok i okres go poprzedzający składał się z kroków, które były cyklem mojej transformacji. Efekt? Przestałam bać się obcych. Co dziwne w moim przypadku, nieraz sama zaczynałam konwersację z nieznanymi mi osobami. Poza tym, potrafię poradzić sobie sama. Co więcej, teraz wierzę, że potrafię, co jest ogromnym krokiem do przodu. Znam swoje możliwości, i pogłębiłam je do tego stopnia, że wzięłam udział w castingu do musicalu oraz w tym festiwalu wokalnym – coś, czego „tamta” Monika nigdy by nawet nie spróbowała. Odkryłam także, że lubię być w centrum uwagi i czuję się doskonale, kiedy mam przemawiać lub występować przed ludźmi. Kiedy na ostatnim koncercie naszego chóru dostałam do zaśpiewania partię solową oraz kiedy ją wykonałam przed pełną publicznością, czułam się idealnie szczęśliwa. Tak – nie potrafię, przy całych swoich pisarskich aspiracjach nie potrafię oddać uczucia, które mnie ogarnia, kiedy czuję na sobie wzrok i uwagę publiczności. Kocham scenę, kocham podium, kocham to uczucie podniecenia i kocham chwile po, kiedy przychodzą gratulacje, uściski rąk, okrzyki zachwytu i szczere uśmiechy. Chcę być doceniana, chcę byś zauważana, jakkolwiek samolubnie by to nie zabrzmiało. Na scenie czuję, że żyję, że robię to, o czym marzyłam. Czuję się spełniona tak, jak niemal nigdy, i mogę porównać to tylko do czytania opinii o moim pisaniu. Dla takich właśnie chwil żyję. Chcę czuć się wyjątkowa, i chcę, żeby inni ludzie widzieli mnie jako wyjątkową. W USA ta potrzeba była zaspokajana tak często, że powinno mi to wystarczyć, a jednak, paradoksalnie, kiedy już się w tym rozsmakowałam, chcę więcej. Nie sadziłam, że kiedykolwiek napiszę o tym publicznie, ale cóż – jak introspekcja i zwierzenia, to na całego. Chcę, żeby te chwile trwały, żeby przeciągnęły się w nieskończoność. Za tym będę tęskniła z pewnością najbardziej.
Jednocześnie odkryłam kolejny, szokujący fakt: boję się powrotu. Boję się, że kiedy wrócę, nic się nie zmieni. Boję się, że utracę to wszystko, co zyskałam podczas tego roku, i że zwyczajnie zajmę to miejsce, które zajmowałam przez całe swoje życie. Pragnę zmian i chcę, żeby moje środowisko w Polsce zareagowało na zmiany, jakie ja sama w sobie widzę. Chyba po prostu boję się normalności i rutyny. Może nie powinnam – może to ja sama powinnam być katalizatorem zmian w swoim środowisku? Może po prostu będę musiała powalczyć jeszcze trochę, aby te zmiany pogłębić i wyeksponować odważnie, aby miały wydźwięk pozytywny a nie pozostały bez echa. Może będę musiała wymusić ten wydźwięk. Chyba nie będzie mi to przeszkadzać – teraz wierzę, że potrafię.
Ten pobyt znacząco mnie ukształtował, tego jestem pewna. Wpłynął na moją wrażliwość, na moją opinię i postrzeganie świata, na postrzeganie przeze mnie Polski i własnej rodziny. Czuję się bogatsza w tak wielu dziedzinach, że nie sposób tego wszystkiego opisać. Chyba sama nie jestem do końca świadoma tych wszystkich subtelnych fal, które – opływając mnie – nadały mi pewny kształt. Czyż to nie dziwne, jak człowiek może się zmienić, jednocześnie pozostając taki sam…?
Przy tym wszystkim śmieszne wydaje się to, jak bardzo jestem uzależniona od rzeczy „trywialnych.” Wampiry rządzą prawie każdą moją myślą. Na wspomnienie Teatru Muzycznego Roma i ich polityki względem „Tańca Wampirów” gotuję się tak, że ktoś wystarczająco szybki mógłby usmażyć jajecznicę dla sześciu na moim czole. Potrafię spędzić godziny, szukając nowych zdjęć, filmików i plików audio z tego musicalu w Internecie. Kiedy słucham śpiewu Łukasza Dziedzica ogarnia mnie tysiąc różnych emocji, które zamknąć można w jednym słowie: katharsis. Maniakalnie słucham muzyki Steinmana i europejskich musicali, szczególnie „Tańca” i „Elisabeth.” Castingiem do „Upiora w operze” w Romie denerwuję się tak, jakbym ja sama brała w nim udział i codziennie wchodzę na stronę teatru, czekając na jakieś nowości. Jaki z tego wniosek? Człowiek jest istotą niezwykle zagadkową, co do tego nie ma wątpliwości. Ja na pewno jestem, szczególnie dla samej siebie. Z jednej strony przeżywam coś, co zmienia moje życie, z drugiej nie potrafię wytrzymać pięciu minut bez wtrącenia czegoś związanego z „Tańcem Wampirów.” Przejdzie? Być może. Wszystko przechodzi, prędzej czy później. Ale póki trwa, będę się tym rozkoszować, bo to moje prywatne, słodkie szaleństwo. To mój łącznik z niedojrzałością, którego będę się trzymać bezwstydnie. To, paradoksalnie, pewien element normalności. Cieszę się z mojej obsesji, bo mam inspirację. Cieszę się, że poznałam głos Łukasza Dziedzica i że stałam się taką obsesyjną wyznawczynią tego aktora. Cieszę się, że zachowałam w tym wszystkim coś, co chyba zawsze będzie częścią definicji Moniki-Draco Maleficium: pasję.
Niech ta pasja trwa, niech ten ogień się pali. Póki jeszcze ma czas i energię. Póki co, jestem młoda.
„And we’ll never be as young as we are tonight…”
skomentuj (5)
2007-02-12 05:39:50 >> „A Love Song for a Vampire”, czyli w jakiej to ja dziurze siedziałam przez ponad trzy miesiące
No właśnie, gdzie? Tyle się tego nazbierało, że nie mam najmniejszego pojęcia, od czego zacząć, żeby przekazać wam, moi kochani, powagę tych minionych miesięcy. Znaczą one dla mnie bardzo wiele. Wiem, że winna wam wszystkim jestem gorące przeprosiny, i niniejszym składam je wszystkim, którzy przez ten czas zaglądali na moje blogi i stwierdzali z niesmakiem, że tam ciągle pusto. Wybaczcie. To, co powiem za chwilę, jest marną wymówką, wiem. Bardzo marną. Żadne usprawiedliwienia mnie nie zmyją. Jednak zawsze warto spróbować i chcę, żebyście wiedzieli, że teraz już wszystko powoli wraca do normy. Notki na blogach zaczną się pojawiać, mam nawet nadzieję, że pierwsza wyjdzie już w tym tygodniu. Ale zaczynam od tego miejsca, bo muszę najpierw jakoś sobie życie poukładać. No to lecimy z tym koksem.
Zapewne niewielu z was słyszało o stronie zwanej NaNoWriMo (National Novel Writing Month). Ja nie słyszałam, dopóki nie przyjechałam do USA i dopóki koleżanka i współ-fanatyczka Pratchetta, Jane, powiedziała mi o tym. Jest to stronka założona przez entuzjastów pisania, i chodzi w niej o to, że równo od pierwszego listopada do trzydziestego-pierwszego uczestnicy zaczynają pisać powieść, która ma mieć ponad 50 tys. słów. Mieliśmy na to jeden miesiąc- akcja organizowana jest co roku i uznałam, że czemu nie? Zawsze warto spróbować. I tak się zapaliłam do tego projektu, że tydzień później miałam już szkielet opowieści w głowie, który wlókł się za mną jak cień. Palce świerzbiły mnie, kiedy tylko zasiadałam do komputera. Z utęsknieniem wyglądałam listopada, jak szalona robiąc notatki kiedy tylko miałam sposobność. I tak, pierwszego listopada, kiedy tylko wróciłam ze szkoły, wystartowałam jak dzika z opowieścią, której dałam tytuł „A love song for a vampire”.
Żeby streścić cały miesiąc w jednym zdaniu, pod koniec listopada miałam gotowe 83 strony, a powieść nie była nawet w połowie ukończona.
W życiu nie czułam się podobnie. To tak, jakby podczas listopada ktoś coś we mnie przełączył. Codziennie wracałam do domu z nowymi pomysłami. Codziennie pisałam ok. pięciu stron, trzy minimalnie. Pokochałam moich bohaterów, po raz pierwszy byłam całkowicie zadowolona z imion, jakie im nadałam. Po raz pierwszy w życiu napisałam tak wiele w tak krótkim czasie, w dodatku z dopalaczem, który ciągle syczał. To był szalony miesiąc, wypełniony stukotem mojego laptopa i muzyki Jima Steinmana, głównie z „Tańca wampirów”, która dawała mi energię. Fabuła wydawała mi się klarowna, a w miarę pisania dochodziło coraz więcej scen, więcej wątków, więcej dialogów, które koniecznie musiałam umieścić. Gdziekolwiek poszłam, moi bohaterowie prowadzili jakieś konwersacje bez mojego udziału. Sceny migały mi kolorowymi obrazami, tak, że notowałam desperacko, żeby jakoś to wszystko zanotować, zanim pójdzie w zapomnienie. Już kiedy zaczęłam pierwszą scenę, wiedziałam, jaki będzie koniec – to tylko środek sprawiał niejakie problemy. Powieść rosła, tak jak bohaterowie, z dnia na dzień. Miałam skończyć w listopadzie. Potem przysięgłam sobie, że skończę w grudniu a w styczniu zrobię korektę. W styczniu obiecałam sobie, że do Walentynek.
A wczoraj w nocy, równo pięć minut po północy, postawiłam w mojej „Piosence miłosnej” ostatnią kropkę.
Ja. To. Skończyłam.
A kiedy pisałam ostatnie sceny (piętnaście kończących stron napisałam w jedną noc), z oczu ciekły mi łzy. Trochę z powodu zakończenia, ale głównie z powodu, którego nie potrafię nazwać. Pisząc, płakałam. Kiedy skończyłam pisać, płakałam. Kiedy położyłam się wreszcie spać, płakałam.
Powtórzę się teraz, ale jest to dla mnie bardzo ważne. NIGDY W ŻYCIU nie napisałam niczego na taką skalę w tak krótkim czasie. Ani fanfików, ani tym bardziej niczego własnego. Ale kiedy tylko zaczęłam wiedziałam, że to skończę. Po prostu nie było innego wyjścia. Ani razu nie przeszło mi przez głowę, żeby przestać – po prostu brnęłam dalej, dopalając się tańczącymi wampirami we wszystkich formach i muzyką. I skończyłam. Tak naprawdę skończyłam. 255 stron skończonej powieści siedzi teraz w moim laptopie, szepcząc zadowolonym pomrukiem nakarmionego kota. Czuję się wyczerpana, jakby ktoś wyssał ze mnie wszystkie siły – ale także, a to bardzo ważne, czuję się niewyobrażalnie wręcz szczęśliwa i dumna.
Coś mojego. Moje własne dziecko. Nie fanfik, nie pożyczanie cudzych bohaterów. Moje. Moje. Moje. I skończone. Każdy, kto mnie zna, zrozumie, co to dla mnie znaczy. Moja rodzina obiecała, że otworzy szampana i zrobi balangę. Sama bym chciała, ale póki co jestem zbyt wyczerpana, żeby świętować. Jeszcze dużo pracy przede mną – poprawianie błędów (napisałam to wszystko po angielsku), dodawanie, ujmowanie, cały ten biznes z edytowaniem. Ale najważniejszy etap, etap tworzenia, mam już za plecami. Nie ma uczucia, które by się z tym równało.
Poza tym, mam jeszcze parę innych powodów do dumy. Od grudnia mieszkam u drugiej rodziny, Lawlerów (tych od helikoptera). Jest mi z nimi dobrze, chociaż ich tryb życia różni się od Millerowego tak, jak topór się różni od noża do masła. Lawlerowie to rodzina w ciągłym biegu, wiecznie zajęta, wiecznie gdzieś się spiesząca. Ale także wiecznie żartująca, śmiejąca się i okazująca miłość na każdym kroku. Wspaniali, troskliwi i niesamowicie zabawni ludzie.
I nie śpię jednak w różowym pokoju.
Chcę się z wami podzielić czymś, co niemal rozsadza mnie radością za każdym razem, kiedy o tym pomyślę. Otóż jakiś czas temu zapisałam się na festiwal chórów i solistów (Solo & Ensemble) na poziomie dystryktu. Nie wiem, co mnie podkusiło, ale w jednym, dzikim momencie postanowiłam, że to zrobię. Tydzień później dostałam od pana Ulricha, naszego genialnego dyrygenta, dwie solówki: „Red River Valley” oraz „Oh! Dear, What Can the Master Be?”. Bardzo mi się te piosenki podobają, tak nawiasem mówiąc, i ćwiczyłam je dosyć regularnie. Wiem, że mój głos nie jest aż taki znowu rewelacyjny, ale ćwiczyłam, byłam uparta. Sama ze sobą, bo na lekcje głosu nie bardzo miałam ochotę wydawać pieniądze. Wydarzenie polegało na tym, że solista wchodzi do prywatnego pokoju razem z osobą, która ma mu akompaniować, śpiewa przez sędzią (lub także przed członkami rodziny, którzy mają wstęp), dostaje ocenę i notowanie (jedynka to najwyższy stopień). Jeśli dostaje jedynkę, przechodzi na następny stopień. Weszłam do klasy z sędzią drugiego lutego myśląc, że dwójka całkiem mnie usatysfakcjonuje; wiedziałam, że na jedynkę nie ma co liczyć, więc chciałam mieć to już po prostu za sobą. Zaśpiewałam „Red River Valley.” Sędzia zaczął coś w wielkim pośpiechu notować. Zaśpiewałam drugi utwór. I co słyszę? Że śpiewam po angielsku znacznie lepiej, niż większość Amerykanów. Że mój akcent jest nienaganny. Że jestem bardzo ekspresywna i pokazuję emocje tekstu na twarzy. Że wyśle mnie wyżej, na poziom stanowy, ale że chce mnie tam usłyszeć z polską piosenką. Że mam śliczny, przyjemny głos i że słuchał mnie z przyjemnością. Że moje vibrato miejscami weszło w drogę nutom, ale nad tym mogę popracować, wydobywając dźwięk z dolnych regionów przepony. Że był kiedyś w Polsce, w Krakowie i w Warszawie, i że w dalszym ciągu jest nią oczarowany. Że sam kiedyś miał ucznia na wymianie. Że było mu bardzo miło. Że dobranoc.
A ja słuchałam tego wszystkiego jak we śnie, i dopiero po pewnym czasie dotarło do mnie, co to wszystko właściwie znaczy.
Dostałam jedynkę. Jadę na etap stanowy w marcu. Mam medal – nawet dwa, bo drugi za występ z chórem. Pan Ulrich właśnie szuka dla mnie polskiej piosenki na festiwal.
Po raz pierwszy naprawdę czuję, że umiem śpiewać.
W dodatku w szkole w piątek były przesłuchania do szkolnej produkcji musicalowej – w zeszłym roku robili „Tajemniczy Ogród”, w tym roku robią „Thoroughly Modern Millie”. Wzięłam udział w przesłuchaniach dla chóru – potańczyłam, krótko zaśpiewałam, wyłożyłam się na próbie stepowania. Au. Nie wiem, czy dostałam partię, czy nie, dowiem się w poniedziałek… Ale skoro tak, to wezmę udział w musicalu! Zawsze o tym marzyłam. Kocham musicale tak mocno, jak pisanie. Nawet, jeśli jest to „Millie”, a nie „Taniec wampirów” czy „Upiór w operze”- ważne, że taniec i śpiew, i teatr. Aż mnie palce świerzbią.
Odkąd mieszkam u Lawlerów, udało mi się zobaczyć dwie produkcje sceniczne: „Spamalot” (na podstawie „Monty Python i Święty Graal” – w życiu nie śmiałam się tak głośno w teatrze, chichotałam prawie przez cały czas) a także, dzisiaj po południu, „Hairspray”, bardzo sympatyczne show, podczas którego miałam „banana” na twarzy przez cały spektakl. W marcu do Detroit przyjeżdża ekipa „Rent” i mam też pójść. Być może w kwietniu wybiorę się na „Joseph and the Amazing Technicolour Dreamcoat”, a może nawet na „Wicked” do Toronto.
Uwielbiam musicale.
Jakby tego jeszcze było mało, moi rodzice wpadli na pomysł, że przyjadą do mnie na początku czerwca na dwa tygodnie i do Polski wrócimy razem. To już za jakieś trzy miesiące. Czas naprawdę frunie…
Nowy semestr, zmienił mi się plan. Mam teraz Pisanie Kreatywne, Teatr, Wprowadzenie do Filmu, Ekonomię, dalej Historię USA no i chór. W marcu podchodzę do egzaminów SAT, których wynik może nawet da mi szansę na studiowanie w Oxfordzie. Trzymajcie kciuki!
Poza tym, jestem chora. Na chorobę Dziedziczną. Dosłownie. Łukasz Dziedzic, von Krolock w polskim „Tańcu wampirów”, absolutnie zakręcił moją głową, wlazł tam i nie wychodzi już od jakiegoś roku. Nie ma dnia, żebym nie słuchała czegoś w jego wykonaniu, i nie ma dnia, żebym nie rozpaczała za „Wampirami” w ROMIE. Przeklinam Kępczyńskiego na zmianę ze łzami za tym, że nie udało mi się tego nawet zobaczyć na scenie – mam tylko płytę, filmiki i DVD z występem z Wiednia. Może uda nam się pojechać na to do Berlina (znaczy ja plus rodzinka), ale bez Łukasza… To już nie to samo. To właśnie on wykreował w mojej głowie głównego bohatera „Love song”. On praktycznie jest Havelockiem, a na pewno jest nim w mojej głowie. Zaczęłam pisać to z myślą o nim, i to w dużej mierze jego boski głos był mi inspiracją. Jeśli kiedykolwiek uda mi się to wydać, będzie to z dedykacją dla tego wspaniałego artysty.
Jak wrócę do Polski, pójdę strajkować pod ROMĘ. I tyle.
Poza tym jestem absolutnie zakochana w muzyce Jima Steinmana, pod każdą postacią. Mam chyba każdy album, przy którym ten mistrz maczał palce. Na okrągło puszczam go ludziom wokół, siostrę zasypuję też. Ten facet JEST rock ‘n rollem. Geniusz. Absolutny geniusz.
No dobra, powiecie pewnie. Ale nie ma tu powodu, dla którego nie dawałam znaku życia przez cały ten czas. Powodem było to, że zwyczajnie nie chciałam, żeby cokolwiek mnie rozpraszało. Nie wchodziłam na blogi specjalnie, powstrzymywałam się od zaglądania na forum. Nie chciałam, żeby cokolwiek zakłóciło mój taniec z wampirami w mojej głowie. To była moja szansa, to JEST moja szansa. Czekałam do skończenia powieści z jakimkolwiek udzielaniem się na blogach, chociaż miałam straszne wyrzuty sumienia. Dalej mam, a wy pewnie właśnie szukacie sztyletów, żeby mi pokazać, jak bardzo żałosna jest ta wymówka. Nie zapomniałam o was, moi kochani. Absolutnie nie. Nie oczekuję, że zrozumiecie. Ale teraz, kiedy piosenka miłosna dla wampira jest już zaśpiewana, mogę wrócić do tego światka, który jest dla mnie taki drogi. Nie wiem, czy od razu, bo moja przygoda z wampirami nie jest jeszcze do końca zakończona… ale wróciłam, już oficjalnie.
Dziękuję wszystkim, którzy mnie wspierali. Dziękuję mamie za codzienne rozmowy na skype’ie. Tacie za to, że jest i że nie pozwala mi się załamać ani tęsknić za bardzo. Im obu za miłość, tak wielką, że to wręcz bolesne. Dziękuję z całego serca Adze – za maile, za bazuki, za gadu-gadu, za opowieści, za męczenie mnie jękami o notki, za dopingowanie moim bohaterom, za słowa „W styczniu mam to zobaczyć w EMPIKU na półce z bestsellerami!!”. Kocham was, kurczę, jak ja was kocham! To powinno być zabronione, takie kochanie. Źle z człowiekiem robi. Tęsknię tak, że mi serce do Polski wylatuje. Ale już niedługo. Jeszcze trochę.
Dziękuję Bogu. Przez cały ten szalony okres pisania czułam Go, czułam Jego łaskę. Jakoś tak czuję, że tego właśnie ode mnie chce – żebym pisała. Już od dawna miałam to wrażenie. Postaram się Go nie zawieść.
Dziękuję Yumi i Tsukasie za słowa otuchy, a także wszystkim innym moim znajomym. Jesteście skarbem. Niedocenianym przeze mnie okrutnie, ale strzeżonym w sejfie mojego serca przez dzikie cerbery. Kocham was.
I, w pewnym sensie, kocham swoje „host-rodziny”. W Ameryce odkryłam więcej o sobie, niż byłabym w stanie sobie wyobrazić. Potrafię być samodzielna. Potrafię być pewna siebie. Potrafię skoczyć na księżyc i wylądować na dwóch nogach. Tutaj czuję, że mogę wszystko – nawet napisać powieść i studiować w Oxfordzie. Tak jakby ktoś otworzył mi drzwi; ja muszę tylko nacisnąć klamkę.
Moje palce już na niej spoczywają.
Na zakończenie tego wylewu słów, prezentuję wam fragment mojej historii. Prolog, pierwsza strona z kawałkiem drugiej. Na razie po angielsku, nie mam już siły tłumaczyć. Nie jest to fragment najlepszy, pewnie nawet nie jest dobry, ale nic ze środka wam nie dam na razie, od czegoś trzeba zacząć. Mam nadzieję, że nie uznacie, po przeczytaniu tego, że te wszystkie miesiące były zmarnowane.
Cóż… wróciłam.
*** "A Love Song for a Vampire" ***
The story I want to share with you has its beginnings in a cemetery.
I know that such a morbid start might put the majority of readers instantly off but, honestly, I could not care less. Because it is not my own story that I wish to tell, and these are not some ramblings of a wannabe novelist who gullibly believes that with her first book she will achieve a smashing success comparable to J. K. Rowling. No. I just want to tell a story that is as simple as a children’s book, as complicated as the universe and as true as the morning dew. Not for fame, not for money. I am not aspiring for either of those things, for I know that a person like me could get recognition only by dying in a gruesome and mysterious way that would attract the media – that is, of course, if it was shocking enough. The media are getting more and more picky nowadays… maybe because, with all the atrocities going on in the world, it is getting increasingly difficult to actually shock the public.
That is not my intention.
What is my intention, then? You will learn. Eventually, you will. And when the time comes, it will be left for you to decide whether to believe me or not, whether to ponder on it a little deeper or just return to your daily newspaper in search for more interesting – and gruesome – news from some distant land. I know how true my story is. Or, at least, I think I know, which is more or less the same thing. That is why I do not seek your acceptance or advice, nor appreciation for my writing – I am by no means a novelist.
I am just a simple girl who fell in love.
With a vampire.
This story starts in a cemetery…
***
Oddly enough for a girl like me, I always liked the cemetery.
It was rather enjoyable, being indulged in the somewhat grotesque activity of slowly strolling along the silent tombstones; reading the memoirs, clearing the leaves away, lightning a candle here and there, stopping every now and then for a moment of silence by the graves of people I have never even heard of before. It felt… comforting, being among so many people who did not have to worry about anything anymore – not even the worms. Those solitary moments gave me peace, and I found in them a soothing certainty that, one day, I too will join this necropolis of decaying bodies. There was no fear in this knowledge, only calm realization and maybe a slight hint of curiosity. After all, lying around all day without doing anything could not be all that bad, could it? Coming to think of it, no-one has ever come back to raise a complaint…
So I would walk leisurely, minding my own business and enjoying the silence. On some occasions, I had company: an elderly lady, always wrapped in a red shawl, who would once a week come and sit for hours by the grave of her husband; a man dressed in a shaggy jumper and old jeans, who would sometimes go around the graves and replace old wreaths with some fresh ones; a dog that seemed to feel totally at home among the dead; and, of course, the keeper of the mortuary, old Mr. Hawkins, who had the habit of staring at people as if he was counting how much time they had left, and never said much. But mostly, I was alone – just me and the thousands of silent people around me. I liked it that way.
I thought about things. Sometimes, when I was completely sure that no-one was around to hear me, I sung or talked to myself.
I never prayed, though. It seemed… inappropriate. It was not as if I did not believe, it was rather that… no prayer could be uttered aloud in this heavy silence which hung around me like a curtain of final cynicism, telling me that, whatever the words, they will ricochet from the graves like a bullet and hit me instead. And so I remained silent.
The cemetery was also another thing to me, which I was perfectly aware of: my rebellion.
A rebellion against what? you might ask, had you been genuinely interested, which I know you are not. Myself, mostly. Or rather: the girl that was me for the most part of the day. Rosie Clark, which I called in the privacy of my own brain: “The Ordinary One”.
This was the Rosie Clark that, deep inside, I hated, but who took over my body without my ever noticing; who was pushing me way back so that I could only watch behind my own eyes and mentally grit my teeth.
Rosie Clark was always pleasant. Rosie Clark was always composed, obedient and calm. You could always rely on Rosie Clark, because she was so… reliable. Solid as a rock, some would say. And, more or less, as interesting, as I would mutter to myself whenever I heard those comments.
It was true – Rosie Clark was reliable. She was always struggling to smile, be optimistic about life and she never, ever insulted anyone, because this would be showing Bad Manners. It was better to be insulted instead and take it silently without ever raising and argument, believing in the blessed policy of “Leave them alone, they’ll get bored with it eventually”. She was helpful, tactful. She always tried to understand both sides of the conflict and to comfort those that got hurt.
As a result, it has never occurred to anyone that sometimes, she was actually the one that needed to be comforted.
People never noticed Rosie Clark. Sure, they knew she was there, just like they acknowledged the air. They saw her and talked to her when they needed her for something, but they never really looked. Never searched. Never got anxious about her – because she was such a solid lass, that Rosie, she could look after herself. And whenever she is needed, she would be there.
The problem was: she really was there.
I hated Rosie Clark, mainly because she was me. She was what I was brought up to be: a nice, young lady, ever so calm and well-mannered and so quiet that you hardly knew she was there. People would say: Very nice, very nice indeed, though not quite sure how she looks like. Very sensible. But who it was again - ?
And so it went on.
The problem was not that I was nice – or not the main problem, at least. The real issue for me was that I was so… ordinary.
skomentuj (13)
2006-10-07 18:24:22 >> Millerowie i Stoney Creek, czyli Amerykanizacji Część Pierwsza
Jak mogę podsumować swój pierwszy miesiąc w Ameryce?
Pierwsze słowa, które nasuwają się na myśl, to zapewne Szok, Chaos, ale i Ciepło (pomijając aspekt fizyczny, bo właśnie siedzę w swetrze, okryta kocem i w grubych skarpetkach, bo w domu niespecjalnie ciepło jest).
Im dłużej tu jestem, tym bardziej mieszane mam uczucia. Pierwszy tydzień… dłużył mi się niemiłosiernie, muszę przyznać. Kiedy wysiadłam z samolotu po prawie dwóch dniach lotu, przywitała mnie moja „host-family”, Millerowie, których przedstawiałam w poprzedniej notce; Miriam miała na sobie uroczy kostium przypominający polskie stroje ludowe. Zaprowadzili mnie do samochodu, cały czas mówiąc jeden przez drugiego, a ja – choć czułam się wdzięczna – odkryłam, że mogę tylko kiwać głową i odpowiadać z uśmiechem przyklejonym na siłę. Tak jakbym obserwowała samą siebie z boku. Nie docierało do mnie, że tu jestem, kiedy mijaliśmy dzielnice Detroit, a amerykański bombardował mnie ze wszystkich stron. Okazało się, że ten tydzień będzie bardzo zajęty, przepraszają mnie, że tak wyszło, nie zawsze tak jest, ale będzie fajnie, zobaczę…
Smuga. Tak się czułam tego pierwszego tygodnia. Jakbym została złapana w smugę złożoną z uśmiechów, twarzy, uścisków dłoni i jowialnych okrzyków „Oh, Poland, how nice!”. Nie chodzi o to, że było mi źle, nie, bo Millerowie okazali się wspaniałymi ludźmi, choć może trochę ekscentrycznymi… w pozytywnym znaczeniu. Nigdy wcześniej nie spotkałam tak szczerze religijnych ludzi, jak oni. Mówimy różaniec codziennie, po kolacji i kiedy w niedzielę jedziemy do Kościoła – a jedziemy co niedzielę, tego nie muszę chyba mówić. Rozmawiamy o sprawach duchowych, o problemach, o tematach kontrowersyjnych. Zwłaszcza moja „mama”, Margaret jest mi bardzo bliska i często mile spędzamy czas, rozmawiając o Polsce i o Ameryce, o problemach, o historii, o języku polskim, którego Margaret się uczy. Wspaniała jest ta świadomość, że jestem „ambasadorem”, że mam tą rzadką możliwość przybliżenia własnej kultury, historii i języka ludziom, którzy są naprawdę zainteresowani. I chociaż tutaj nauczyłam się modlić po angielsku, to czasami proszą mnie, żebym odmówiła „Zdrowaś Maryjo” lub „Ojcze nasz” po polsku. Zdaje się, że nigdy nie mają dość tego języka.
Poznałam też inne katolickie rodziny z ich otoczenia i za każdym razem byłam zaszokowana ich… wielkością. Tutaj troje dzieci to minimum, a szóstka to wcale nie rzadkość. Oni naprawdę wierzą w życie i w te wartości, o których mówi Kościół – do tego stopnia, że większość nawet nie używa antykoncepcji. Co więcej, są z tego powodu szczęśliwi. Oczywiście, to bardzo zajęci ludzie, ale są tak poświęceni swoim rodzinom, że nie mają problemów z określeniem priorytetów – rodzina, Bóg i wewnętrzny spokój, to jest dla nich najważniejsze. I pięknie jest to obserwować, tą religijność i uduchowienie bez krztyny obłudy, tylko wiarę, z której płynie szczęście. Jaki miły kontrast z tym, co się dzieje w Polsce. Zwłaszcza teraz.
Jednak, niestety, ta społeczność jest mniejszością w mieście Rochester, które, całkiem przypadkowo, jest jednym z najbogatszych rejonów w całych Stanach. Domy, które tutaj widziałam, mogłyby spokojnie pomieścić sierocińce. Natomiast moja szkoła, Stoney Creek… wystarczy spojrzeć na jej zdjęcia, żeby oczy zachciały wyskoczyć z orbit. Oni tutaj mają wszystko. W każdej klasie jest przynajmniej jeden komputer i ogromny telewizor, tablice są ogromne, podłogi w klasach przykryte dywanem, wszędzie jest zestaw laptopów dla uczniów na zajęcia multimedialne, biblioteka przypomina olsztyńską Planetę 11, sale gimnastyczne mogłyby spokojnie pomieścić dwie takie z LO 1, profesjonalny basen to nic nadzwyczajnego, a boisk i bieżni nie powstydziłyby się polskie stadiony. Sale muzyki to klasy z prawdziwego zdarzenia, z instrumentami, z pulpitami, a klasa dla chóru wyposażona jest we wszystko, czego można by chcieć; każda grupa ma własne kostiumy: sukienki i fraki dla członków chóru, specjalne mundury i kapelusze dla członków szkolnej orkiestry, flagi, bluzy, koszulki z logiem Stoney Creek i z wizerunkiem kuguara, szkolnej maskotki. Jest jeszcze audytorium… które jest wielkości Sali teatralnej w teatrze im. Stefana Jaracza, w dodatku bardziej nowoczesne. Wszystko tu jest… nowe, lśniące, nowoczesne, bogate. Oszałamiające. I drogie. Większość uczniów tej szkoły to ludzie bogaci… i to widać. Obserwuję to… rozpuszczenie, to leniwe przyzwyczajenie, to, że otaczające ich luksusy uczniowie biorą za coś najnaturalniejszego pod słońcem – ba, chcą więcej. Większość ludzi tutaj prezentuje podejście „Mówisz-masz”, nieustannie żądając, żądając, żądając… więcej i więcej. Jeśli chodzi o sam system nauczania… jest inny. Tutaj każdy uczeń ma inny plan lekcji i żeby ukończyć szkołę, potrzebuje 22 „kredytów”, czyli punktów za uczęszczanie na lekcjach. Tyle kredytów za matmę, tyle za angielski… i to nie jest, jak u nas, że jedna matematyka, że wszyscy uczą się tego samego. Brnąc dalej w matematykę, bo to dobry przykład: ten dział jest podzielony tak, że jeśli chcesz, możesz chodzić albo na algebrę, albo na geometrię, albo na funkcje i inne… w dodatku na różnych poziomach. I tak jest ze wszystkimi przedmiotami; podczas gdy my kujemy biologię, geografię, fizykę, chemię, wszystko na raz, oni sobie wybierają, na jakie działy z zestawu „science” chcą chodzić dla kredytów. Poza tym inne klasy to chór, orkiestra, sztuki (też różny podział we wszystkim), historia świata i historia USA oddzielnie, ekonomia, rząd, pisanie kreatywne, mitologia, Shakespeare, literatura osiemnastego wieku, dziewiętnastego, literatura nowoczesna, literatura brytyjska, montaż filmowy, grafika komputerowa, fotografia, rzeźba, filozofia, psychologia… i mnóstwo, mnóstwo innych możliwości. Dość powiedzieć, że na początku dostałam gruby zeszyt z opisem przedmiotów do wyboru. Siedziałam nad tym z szeroko otwartymi oczami niemal cały dzień.
Dobra wiadomość: zdobędę Diploma, jak tylko tłumacz z Polski wyśle szkole moje dokumenty. Czyli pierwotny cel wyprawy już właściwie jest osiągnięty: amerykańska matura.
Tyle mam do opowiedzenia… z każdą chwilą coś nowego przychodzi mi do głowy, tyle się dzieje naokoło mnie. Ale na tym chyba poprzestanę, przynajmniej na razie, żeby nie bombardować się (i tych, którzy będą to czytać) napływem wrażeń.
Powiem jeszcze tylko tyle: tęsknię…
skomentuj (9)
2006-08-24 12:23:56 >> Deszcz, walizki i pożegnania
Pada… Czyżby to był jakiś omen? Padało praktycznie codziennie od tygodnia, były nawet burze, a ja, jak to ja, mam tendencję do doszukiwania się znaków tam, gdzie ich nie ma. To, że pada, znaczy dla trzeźwo myślących tylko jedno: że będzie zimno, że ulice śliskie i że błoto następnego dnia. Tylko, że ja jakoś nigdy nie potrafiłam zaliczyć się do trzeźwo myślących… chyba, że w sytuacjach, kiedy trzeba trzeźwo myśleć, bo wszyscy naokoło wariują.
Chciałabym, wolałabym chyba być jedną z wariujących.
No więc- pada. Kropelki wystukują bardzo rytmiczne tempo: tam, tam, tam, TAM, jak naturalne crescendo. Zagłuszają trochę muzykę z wieży, ale tu też pewna ironia: w wieży gra śliczna, pełna zadumy piosenka „Listen to the rain” zespołu Evanscence. Słuchać deszczu? Słucham. Słucham i patrzę na dwie ogromne, czarne walizki, które pysznią się na środku mojego pokoju, prawie już zapakowane. Jeszcze tylko ostatnie pranie, jeszcze potrójnie rygorystyczna selekcja książek (zaopatrzyłam się w ok. 10 nowych lektur, w tym podręczniki do polskiego i historii, ale wszystkiego nie będę mogła zabrać- ba, nawet nie połowy! Trzeba przebierać, a ciężki to wybór, oj, ciężki), przejrzeć płyty i zdecydować, które do walizek, a które do plecaka podręcznego (teraz już, na szczęście, dozwolonego). Bielizna. Mój ukochany szalik w szaro-zielone pasy. Płaszcz. Prezenty na przywitanie wszystkich moich trzech rodzin, z których u każdej spędzę trzy miesiące. Oddzielone do bagażu podręcznego przedmioty niezbędne do przetrwania: mptrójka, discman, laptop (kupiony przez tatę po długich błaganiach i perswazjach), potencjalne książki (podejrzewam, że w końcu do plecaka wezmę trzy), aparat. Jeszcze rogaliki od babci, ciastka od drugiej babci, dwa słoiczki soczku malinowego od mamy, domowej roboty, dwie torby domowej herbaty, od której jestem uzależniona. Trochę kosmetyków. I… tyle? Jestem już gotowa, żeby spędzić rok poza domem, z ludźmi, których znam tylko z paru maili? W szkole, gdzie nie znam nikogo? W kraju, gdzie po polsku będę mogła mówić co najwyżej do siebie?
Nie znoszę pożegnań, chyba tak, jak każdy. A w ciągu ostatnich dni musiałam robić, obok przygotowań, praktycznie tylko to. Pożegnanie rodziny ze Śląska, którzy mi są bardzo bliscy; pożegnanie przyjaciół, jeszcze z gimnazjum, którzy kupili mi „pamiątkę” polską flagę i podpisali się na niej; pożegnanie z dwójką rodzeństwa, których znam praktycznie od zawsze i do których jestem niezmiernie przywiązania. A jutro, około szóstej rano, będę żegnać rodziców i siostrę na lotnisku.
Chyba jeszcze to do mnie do końca nie dotarło.
Muszę myśleć pozytywnie, powtarzam sobie. Zawsze zastanawiałam się, jak to jest mieć brata- starszego lub młodszego. Teraz się dowiem, bo w pierwszej rodzinie (Miller) będę miała aż trzech: Alexa (19), Andrew (15) i Jesse’ego (10). Będę też miała „młodszą siostrę”, Miriam (9), która ma mnie powitać na lotnisku w polskim stroju ludowym. Dziadkowie Margaret, mojej „mamy”, byli Polakami i stad to zamiłowanie do naszej tradycji. Dobrze- będę im puszczać Chopina, opowiadać o historii, może uczyć trochę języka, streszczać dzieła Mickiewicza, Sienkiewicza i inne epopeje narodowe. Może wtedy faktycznie sprawdzę się w roli „ambasadora”, jak nas szumnie nazywają Rotarianie.
Druga rodzina: Lawlerowie. Dwie córki, jedna w moim wieku, druga cztery lata młodsza. Cała rodzina kocha kulturę, chodzi na musicale i do teatru, kupuje najnowsze części „Pottera” o północy razem z „innymi postrzeleńcami”, jak mówią żartobliwie. Aha- mają helikopter, którym- jak stwierdzają z prostotą- czasami latają sobie na przejażdżki.
Pittelowie- trzecia rodzina, ostatnia. Wydają się ludźmi pozytywnie zakręconymi. Trzy córki, mniej więcej w moim wieku. Lubią teatr. Już mi załatwiają przesłuchania do kółka teatralnego i do szkolnego chóru. Tak… w Ameryce są możliwości, bo moja szkoła, Stoney Creek, ma swoją własną, profesjonalną salę teatralną.
Czy wobec tego powinnam się denerwować…?
Chciałabym tutaj, póki jeszcze mam czas, raz jeszcze pożegnać się ze wszystkimi. Dziewczynom z Forum MB DM: Shieldmaiden, Villemo, Viviane, Sol, Callisto, Tigris, Molce, Izie, Carrie, wszystkim pozostałym- dziękuję za każde słowo, za każdy uśmiech, za tą energię, którą mi przesyłacie nawet, jeśli wszystkie nas dzieli tylko Internet. Będę pisać, nie zapomnę o Was, na pewno, dajcie mi tylko czas :) Może będę za Oceanem, ale Internet jest wszędzie taki sam.
Mojej kochanej klasie, I (teraz już II) C- Kamisie, Dorszowi, Ireth, Marcello, Natashce, Marlenie, dwóm Monikom (teraz już dwie Was tam będą, może mniejsze zakłopotanie :)), Ewie (mam nadzieję, że poprawka dobrze poszła), Kasi (chociaż nie udało się tym razem), Michele, Maćkowi… i w ogóle wszystkim tym trzydziestu jeden, wspaniałym osobom, niezwykłym indywidualnościom… Za wiarę, za serdeczne słowo i gest, za pomoc, za wsparcie, za wyciągnięcie do mnie szeroko ramion, za optymizm tam, gdzie mnie go brakowało. Żal, naprawdę żal rozstawać mi się z Waszą wesołą gromadką- drugiej takiej klasy już nie będzie… ale wrócę. Zobaczymy się za niecały rok, to Wam gwarantuję ^^.
Kubie, Łukaszowi, Karolowi, Pawłowi- że nawet teraz, po gimnazjum, potrafiliście utrzymać ten bliski kontakt, że pozostaliście tacy, jacy jesteście, a nawet lepsi. I za tę flagę- będzie u mnie wisieć i przywoływać uśmiech na twarz za każdym razem, kiedy spojrzę na te imiona wypisane naprędce kupionym markerem :) Tsukasa- Tobie dziękuję szczególnie. Pokazałeś, jak to jest, mieć przyjaciela. Tak naprawdę. Mam nadzieję, że byłam dla Ciebie choć w połowie tą podporą, jaką Ty byłeś dla mnie. Będę tęsknić. Bardzo, bardzo tęsknić.
Marcinowi i Alicji- za to, że jesteście tacy, jacy jesteście i że nigdy nie przestajecie mnie zadziwiać :)
Mojej rodzinie… ale oni i tak tego nie przeczytają. Panu K., któremu na pewno przywiozę z tych Stanów jak nie sombrero, to coś równie szalonego ^^.
I wszystkim tym, których nie wymieniłam a którzy są drodzy mojemu sercu- dziękuję. Za wszystko.
Tak to brzmi, jakbym wyjeżdżała na stałe… Rok szybko zleci. W okamgnieniu. I znów będziemy wszyscy razem, śmiejąc się z helikoptera i z fastfoodów. A póki co…
… do zobaczenia.
skomentuj (12)
2006-06-08 11:40:42 >> Zwykłe, mało-duże sprawy
Dziękuję, że tak się troszczycie o mnie i o moje, codzienne przecież, sprawy. A także za to, że troszczycie się o siebie nawzajem i stworzyłyście wszystkie takie wspaniałe, wspierające się nawzajem grupy. To naprawdę ociepla pewne miejsca w okolicach serducha, kiedy czytam o trzymaniu kciuków, życzeniach powodzenia… Trafiło mi się po prostu wspaniałe grono czytelniczek i znajomych, jest to rzecz niezaprzeczalna ^^
Zacznie się wszystko od soboty. Wtedy to, o dwunastej po południu, wystawiamy „Sen nocy letniej”. Robiliśmy dekoracje na prześcieradle, plakaty i wszystko, mając przy tym mnóstwo radochy. Sporządziłam rysunek do plakatu, który umieszczę tutaj jak tylko mi się uda, jako taką ciekawostkę :) Po przedstawieniu szybko zmieniam pelerynę i maskę na elegancką czerń i biel, żeby pognać na UWM na Listening i Speaking… Tak… na szczęście dopiero na siedemnastą. Potem, we wtorek, mamy egzamin kończący semestr w English Perfect… (za każdym razem, jak o tym pomyślę, dopada mnie melancholijna depresja) a 15, w Boże Ciało, mam całą resztę, czyli Reading, English in Use i Writing. Całe południe mam z głowy. Ale 16 wraca z Torunia mój tata, tym razem zostanie na cały tydzień w domu (co ostatnio naprawdę jest ewenementem) i praktycznie większość głównych czynników stresu będę miała z głowy, oprócz konkursu talentów, który odbędzie się 22, dzień przed końcem roku.
A potem… całe to ubieganie się o wizę, drukowanie wizytówek, przygotowywanie prezentacji o Polsce, kupowanie prezentów dla moich rodzin zastępczych, tłumaczenie świadectw, zbieranie dokumentów i cały ten biurokratyczny bajzer, żeby się dobrze przygotować na rok w Stanach. Cały, okrągły rok. Lecę 25 sierpnia przez lotnisko Heathrow, do Detroit. Wszystko już przygotowane, a ja cały czas mam wrażenie, że jeszcze mam czas, że to mnie jeszcze nie dotyczy. Ciekawe, kiedy wreszcie dotrze do mnie to wszystko…
Obecnie siedzę w domu, nieco pochorowana. Nie mogłam wybrać sobie gorszego czasu na chorowanie, bo akurat teraz jest czas „walki o oceny”. A będę musiała powalczyć, to fakt. Ostro. Sęk tylko w tym, że nie potrafię… Raczej nie jestem z tych, co walczą. Będę musiała się zmusić, może nawet pozwolić przejąć stery komuś, kto siedzi we mnie gdzieś tam głęboko, ale nie jest mną. Nie znoszę takich sytuacji.
A w środku tego wszystkiego bombardują mnie pomysły. Mam już chyba z pięć pomysłów na powieść, z czego dwie z nich zapowiadają się na trylogie. Chciałabym móc napisać je wszystkie jednocześnie, ale na razie kończy się na prologu, może pierwszym rozdziale, notatkach w małym zeszycie i tytule, oczywiście. Poza tym, są jeszcze fanfiki… Chcę pisać, bardzo chcę, ale nie mam czasu. Z żalem muszę odłożyć pisanie na bok, przynajmniej na jakiś czas, kiedy to wszystko się ustabilizuje. Ciężko mi, ale wiem, że tak trzeba. Nie mogę całe życie frunąć na swoich prywatnych chmurkach fantazji, nieważne, jak bardzo bym tego chciała. W końcu trzeba będzie wylądować.
Problem w tym, że lądowanie boli…
Wybaczcie, że tym razem nie będę się rozpisywać na głębsze tematy- chciałam tylko dać znać, co się dzieje wokół mnie. A dzieje się dużo. Jednak tak naprawdę, to najwięcej dzieje się we mnie, w środku… jest to świat zbyt złożony, żebym wszystko mogła ubrać w słowa. Tak jak dzieje się z każdym z nas.
Poniżej jeden z wielu wierszy, które napisałam na fali inspiracji „Upiorem w operze”. A tych jest naprawdę dużo ^^
ANIOŁ MUZYKI:
LIST
Anioł Muzyki-
pamiętasz ten głos
co drżąco i czule cię wołał przez noc?
Aniele Muzyki-
gdzie ukrywasz się
gdy ten sam głos znowu zobaczyć cię chce?
Mój słodki Aniele-
muzykę z płomieni
zanurzasz przeze mnie znów w plamie czerwieni
Mój słodki Aniele-
twój śpiew dziwnie brzmi
gdy śpiewasz samotnie łykając swe łzy
Aniele skrzywdzony-
czy wspominasz mnie
twe dziecko co okrutnie zraniło cię?
Aniele samotny-
w lustrze pustka drży
choć kiedyś w tym lustrze żywiłeś me sny
Aniele opery-
podpalasz swe nuty
i krzyczysz a krzyk twój z kamienia wykuty
Aniele Muzyki-
ja wciąż czuję cię
i znów wołam w nocy: Christine kocha cię
skomentuj (14)
2006-05-16 17:28:57 >> Phantom translations ^^
Miałam zamiar opisać tu pokrótce mój majowy weekend, bo zaiste był ciekawy i pełen nowych doświadczeń, ale za dużo tego, naprawdę… Dlatego dzisiaj będzie tylko lirycznie, romantyczn- mrocznie i… upiornie ^^
Postanowiłam wziąć udział w szkolnym pokazie/ konkursie talentów. Przedstawię dwa moje wiersze plus pieśń, która jest niezwykle droga mojemu sercu, a którą samodzielnie przetłumaczyłam i przekonałam się, jak to trudno jest przekładać piosenki. Musi to mieć sens, musi być chociaż trochę podobne do oryginału, musi zachować ten klimat i… pasować do muzyki, oczywiście ^^ Miałam do wyboru trzy, wszystkie z „Upiora w operze”. Zdecydowałam się na „Music of the night”, ale… Ale. No właśnie. Może byście mi podpowiedziały? Coś jeszcze można zmienić… :)
MYŚL O MNIE („Think of me”)
O mnie myśl
Myśl o mnie miło, gdy pożegnasz się
Przyrzeknij mi
Że co czas jakiś chociaż wspomnisz mnie
Gdy pojmiesz, że serce wolnym chce
Odlecieć hen, daleko stąd
To obiecaj mi, że czasem myśl mi poślesz swą…
Bo kłamstwem jest, że miłość wiecznie trwa
I niczym morze stała jest
Lecz jeśli zdołasz pamiętać, pomyśl o mnie też
Pomyśl o tym, co łączyło nas
I nie myśl o tym, co nam zabrał czas…
O mnie myśl
Kiedy tak cicha, sama budzę się
I zobacz jak znów bezskutecznie chcę wymazać cię
Wspomnij te dni, spójrz wstecz na tamten czas
Minionym chwilom przyjrzyj się
Bo nie będzie chwili, gdy to ja nie wspomnę cię
[Raoul]…
Zniknie las i wszsytko zniszczy czas
A kwiaty zwiędną – tak, jak my
Lecz obiecaj mi, że czasem pomyślisz… o mnie!
UPIÓR OPERY („The Phantom of the Opera”)
W marzeniach śpiewał mi
Przychodził w snach
Głos pełen muzyki
Me imię znał
I czy ja dalej trwam
W marzeniu tym?
Bo Upiór Opery jest ze mną tu – w umyśle mym!
Zaśpiewam znowu nasz
Dziwny duet
Bo twa nade mną moc
Rośnie w siłę
I choć odwracam się
I zerkam w tył
To Upiór Opery jest ciągle tu – w umyśle mym!
Kto ujrzał twoją twarz
Zna strachu wzrok
Ja jestem maską twą
Twój głos o krok
Twa dusza z pieśnią mą
W harmonii brzmi
Bo Upiór Opery w umyśle mym znów śpiewa mi!
W każdej mej fantazji
Od zawsze wiem
Tylko w tobie żyją
Człowiek, sekret…
A w labiryncie, gdzie
Noc traci wzrok
Ten Upiór Opery w umyśle mym rozsiewa mrok!
To on, to Upiór tej opery…
MUZYKA NOCY („The Music of the Night”)
Nocna pora uwalnia twe zmysły
Fantazja się budzi w mroku czystym
Już sensacje twoje otwierają podwoje…
Lekko, zwiewnie noc urok roztacza
Chwyć ją, poczuj jak tu czule wkracza
Śmiało odwróć wzrok, niechaj świt pochłonie mrok
Odwróć twarz od nienawistnej barwy dnia
I słuchaj: oto noc muzykę gra
Zamknij oczy i oddaj siebie mrocznym snom!
Zacznij z dala od tego świata śnić!
Zamknij oczy, niech wolny wzleci duch…
Tylko wówczas naprawdę zaczniesz żyć…
Wolno, czule pieści cię muzyka
Usłysz, poczuj jak w ciebie przenika
Otwórz umysł swój, rozwiń wyobrażeń zwój
Prosto w ciemność, z którą próżna walka trwa
W ciemności tej muzyka nocy gra
Niechaj myśl twa się wzbije w wolny, dziki lot!
Już nie zerkaj w tył, na minione dni!
Niech twa dusza cię wzniesie tam, gdzie chcesz
Wtedy to oddana będziesz mi
Płynie, sfruwa słodkie odurzenie
Dotknij, ufaj, rozkoszuj się drżeniem
Niech się zacznie sen, niech twój mrok pochłonie cię
Niech twa dusza mej muzyce podda się
Muzyki nocy moc rozbudza się
Tylko ty mej pieśni dajesz moc
Pofruń ze mną, wzlećmy w wieczną noc…
P.S. W "Upiorze" zmieniłam partie Erika na partie kobiece na potrzeby występu ^^
skomentuj (9)